2014-01-04

#62 Mary Blume - "Cristóbal Balenciaga. Mistrz nas wszystkich"



źródło
Autor: Mary Blume
Tytuł: Cristóbal Balenciaga. Mistrz nas wszystkich
Ilość stron: 200
Moja ocena: 3/6
Forma: książka

Czasami cieszę się, że nie mam czasu czy chęci pisania recenzji „na gorąco”. Nie dość, że mogłabym skrzywdzić książkę, bohaterów to na pewno też komputer. Wraz z wiekiem i moim wybuchowym, bardzo nerwowym charakterem wybieram ostrożnie pozycje literackie, by nikogo nie skrzywdzić. Jestem samolubna, bo nienawidzę, gdy myślę, że wybór jest idealny a okazuje się inaczej.


Najczęściej mam zastrzeżenia do bohaterów, których wykreowali autorzy i rzadko mi się zdarza jęczeć, wyzywać czy cokolwiek negatywnego powiedzieć na temat kreatora historii, którą miałam okazję przeczytać. Jednak w przypadku tej książki będzie znacznie inaczej. Gdy tylko zobaczyłam okładkę tej książki wiedziałam, że skądś znam nazwisko, które dość wyraźnie prezentowało się na fioletowym tle.
Cristóbal Balenciaga – gdybym wcześniej usłyszała to nazwisko albo nie byłabym na tyle ogarnięta pomyślałabym, że był to jeden z arystokratów, których było wielu. Kto by pomyślał, że urodził się w biednej hiszpańskiej rodzinie, a odniósł taki niebywale wielki sukces, że prawie każda dama chciałaby się u niego ubierać.
Na okładce nie patrzył się wprost na czytelnika, ale w bok jakby w tamtej części scenerii, na której  pozował było coś ciekawszego. W swojej książce Mary Blume opowiada o tej bardzo tajemniczej postaci, która przez pewien czas nawet prasy nie wpuszczał na swoje pokazy. Można by rzec, że gardził mediami i nie chciał, aby jego ciężką pracę kopiowano. Jego kreacje były bardzo statyczne, bez zbędnych dodatków, ale zarazem estetyczne, piękne i doskonałe. Chociaż sam autor ciągle dążył do ich doskonałości. Jego największą obsesją były rękawy, potrafił na kilka godzin przed oddaniem sukni rozpruć je i na nowo szyć.
Ciekawość zwyciężyła i wzięłam się na poważnie za tą  książkę. Na początku niemiłosiernie się nudziłam. Pierwszy dział nie dość, że był długi to i nudny. Wszyło na to, że trzy pierwsze części czytałam trzy dni, reszta poszła szybciej. Wraz z wchodzeniem głębiej do lasu robi się ciekawiej, jednak mam wielkie „ale”. Gdzie ta historia Balanciagi, której tak pragnęłam się dowiedzieć?
Na swoim czytelniczym koncie mam już kilka biografii, w tym jedną mojego ulubionego zespołu. Może i nie jest to gatunek, który każdemu przypadnie do gustu, ale jednak gdy sięgamy właśnie po niego to czegoś oczekujemy. Również miałam swoje małe żądania, pragnienia i nadzieje. Szczerze i dobitnie pisząc nic się nie spełniło.
Zasiadając wieczorem do lektury miałam nadzieję, że wszystko będzie opisane w przystępny i raczej zrozumiały sposób. Niestety już w pierwszym momencie się pomyliłam. Całość jest wypełniona typowo branżowymi wyrażeniami, których zwykły śmiertelnik po prostu nie zna. Pewne jest to, że trzeba mieć jakąś wiedzę czy znajomość dotyczącą mody przed zaczęciem czytania. Na zaledwie dwustu stronach pojawia się tak wiele nazwisk, że przeskakuje się oczami z jednego na drugie. Rozumiem, że książka taka będzie pełna historii, ale czytając Mistrza nas wszystkich miałam nieodarte wrażenie iż mam do czynienia z podręcznikiem do historii Francji w pigułce.
Nie mogę powiedzieć, żeby pozycja ta miała tylko same minusy. Trochę dowiedziałam się o tytułowej tajemniczej postaci jakim był Balanciaga. Tak strasznie jest mi odmieniać jego nazwisko, bo jest ono tak dostojne, pełne elegancji i kojarzy mi się z tym co ekskluzywne, że aż bolą mnie palce, gdy mam to zrobić.
Rozczarowało mnie to, że autorka w większej części opisywała to, co jest na około pana Cristóbala, a ja chciałam czytać o nim. Nie o Diorze, Givenchy czy jakimkolwiek innym projektancie, bo główne skrzypce powinien grać Balenciaga i Florette Chelot, która pracowała dla niego przez trzydzieści jeden lat.
Owa dama, o której wspomniałam zdanie wcześniej była vendeuse. Z tego co wyczytałam domyślam się, że była w rodzaju sprzedawczyni, ale wiecie… znacznie bardziej elegantsza, i zaznająca się na modzie. Kobieta ta wyróżniała się przede wszystkim tym iż jej księga zamówień pękała w szwach, ale również ona sama była… bardzo miła i uśmiechnięta w przeciwieństwie do innych pań, które pracowały przy avenue George V w Paryżu. Szczerze mówiąc chciałabym więcej przemyśleń, wspomnień i ogólnie całej pani Florette w książce Blume.
Świetną rzeczą w całej tej książce były liczne zdjęcia. Gdy tylko zobaczyłam chciałam ich więcej i więcej. Większość ilustacji była czarno-biała, ale te umieszczone we wkładce miały kolory. Przedstawiały one w większości modelki prezentujące projekty pana Balenciaga, jego samego oraz osób, o których wspominała Mary Blume.
Podsumowując książka, która miałbyć chociaż w najmniejszym stopniu biografią nią nie była. Autorka często opuszczała główny wątek. Dowiedziałam się więcej o historii, o problemach, które mieli twórcy haute couture podczas wojny czy o współpracownikach oraz klientach niż o samym głównym bohaterze. Nie był to idealny wybór i przyznaję – nadziałam się strasznie. Miałam nadzieję na poszerzenie mojej skromnej wiedzy na temat mody i projektantów i po części się to spełniło. Niestety nie jest to to, czego oczekiwałam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Bukowy Las oraz portalowi Sztukater.pl

8 komentarzy:

  1. Eh, Kapturek, przeczytaj sobie tą recenzje na głos, bo czasem chyba coś ci się mieszało :)

    A tak ogółem to nie jest to książka dla mnie... Po 'bling ring' zrezygnowalam z czytania reportarzy i biografii, więc ja bym po nią nie sięgnęła. Ale teraz przynajmniej wiem, że na prezent raczej też się nie nadaje :)

    Całuski,
    Nats <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaaaaaa! Nienawidze google dysku! Jakie błedy mi porobił a wszystko było dobrze! Dzięki za uwagę :D

      Usuń
  2. Wydawało mi się, że już wcześniej wstawiałaś tę recenzję, ale nie mogłam jej przeczytać.
    Raczej nie sięgnęłabym po książkę, tym bardziej po twojej recenzji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jej nie wstawiałam tylko komputer i jakiś dziwny skrót klawiszy to uczynił. Tzn to była nikompletna recenzja i musiałam cofnąc opublikowanie :)

      Usuń
  3. Nie przepadam z biografiami, chociaż biografię swojego ulubionego zespołu bardzo chętnie bym przeczytała!
    Tego typu gatunek literacki często nas pociąga, bo mamy nadzieję, że autor skrupulatnie wymienił wszystkie mniejsze i większe grzeszki głównej postaci. Jeżeli jest to na przykład taki piosenkarz to często myślimy "ta... On ma idealne życie...", a czytając jego biografię czy też autobiografię zamiast skandali i owego domniemanego "idealnego życia" dostajemy tak samo szare jak nasze. To mnie nauczyło, że po biografiach czy autobiografiach nie należy spodziewać się zbyt wiele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami mam wrażenie, że treść danej biografi znajdę na wikipedii. I całkowicie ciebie popierach, chociaż mam małą słabość do tego gatunku :)

      Usuń
  4. Świetne posty! :]
    Zapraszam do mnie: http://recenzjeoptymisty.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń